Anita Włodarczyk na dworze królowej sportu do 2032 roku? Doktor Robert Śmigielski rozbudza apetyty

Anita Włodarczyk na dworze królowej sportu do 2032 roku? Doktor Robert Śmigielski rozbudza apetyty

Artur Gac, Interia: Jak nazwać to, czego dokonała Anita Włodarczyk, z pana pomocą, żeby w ogóle wystartować na igrzyskach w Tokio, a do tego jeszcze wywalczyć złoty medal?

Dr Robert Śmigielski: - Mówiąc krótko, była to dla niej bardzo daleka droga. Po pierwszej operacji kolana Anita odczuwała dyskomfort, nie czuła się perfekcyjnie, w efekcie czego zdecydowała się na drugą operację. Wówczas przyjechałem na jej zgrupowanie w Stanach Zjednoczonych, gdzie rozmawiałem z nią i jej ówczesnym trenerem Krzysztofem Kaliszewskim. Podczas tego spotkania powiedziałem: "słuchajcie, albo robimy operację i wtedy szybciej pozbędziesz się problemu, albo jej nie robimy i będziesz trenowała z tym, co jest". Anita odparła, że tak dłużej nie chce, bo czuje dyskomfort, nie może się skupić i to jej przeszkadza w rzucaniu. Ustaliliśmy, że przyleci do Polski, przeprowadzimy drugi zabieg chirurgiczny i jeszcze w tym samym tygodniu wraca do USA. Tymczasem po jej przylocie zamknięto granice w związku z koronawirusem, a w dodatku otrzymała SMS-a od trenera, że to koniec ich współpracy. Zatem w jednym momencie Anita była po operacji, straciła szkoleniowca, miała niewyrehabilitowaną nogę i nie miała z kim trenować. Czyli, na dobrą sprawę, w jednej chwili wszystko jej się załamało. Pytałem ją wtedy, czy wszystko w porządku, na co odpowiedziała, że da sobie radę.

Błogosławieństwem była decyzja o przeniesieniu igrzysk.

- Tak, to było genialne rozwiązanie. Dzięki temu Anita zyskała czas, który pozwolił jej na odbudowanie formy. Długo się rehabilitowała, przez co zaczęła rzucać dopiero w listopadzie 2020 roku. To już było dosyć późno, niemniej gdy po decyzji o przełożeniu igrzysk zapytałem ją, ile potrzebuje czasu żeby się przygotować, odparła mi, że jeśli zacznie właśnie w listopadzie, to powinna zdążyć z formą. I znalazła trenera, zresztą fantastycznego faceta Ivicę Jakelicia. Od tego czasu jakby pozostawała w cieniu, wszyscy ludzie zaczęli stawiać na niej krzyżyk zakładając, że już nic z tego nie będzie. A utwierdziło ich w tym to, że początek sezonu nie był bardzo obiecujący.

Rzeczywiście, nasza mistrzyni przeszła niesamowitą drogę.

- I z jednej strony jest to kwestia fizyczna, czyli poddanie się reżimowi ciężkiej pracy, ale najważniejsza była psychika. Tu trzeba sobie zadać pytanie: jak mocna psychicznie musi być Anita, żeby przy tych wszystkich przeciwnościach losu nie stracić z radaru celu sportowego, gdy droga jest naprawdę długa, daleka i wyboista? Dla mnie to swego rodzaju fenomen siły mentalnej. Zresztą, nikomu nic nie ujmując, w tym aspekcie porównałbym ją do Justyny Kowalczyk, z którą też miałem okazję pracować. Justyna psychicznie również była niebywale silna. Obie są absolutnymi fighterkami.

Gdy rozmawiałem z Anitą pod koniec 2019 roku, czyli już po pierwszej operacji, zapewniała, że czuje w sobie ogromną motywację i potrzebę, żeby odbić się od dna. Skoro takie słowa wypowiedziała gwiazda tego pokroju, wtedy dwukrotna mistrzyni olimpijska, to chyba nic nie mogło jej złamać.

- Zdecydowanie. Zresztą powiedzmy sobie szczerze, że pierwsza operacja też była swego rodzaju dużym wyzwaniem. Przecież chodziło o problem z lewą nogą, na której Anita wykonuje obrót, czyli najbardziej obciążoną. Konkretnie chodziło o kolano, w którym uszkodzona była łąkotka boczna, będąca bardzo ruchomym elementem, bez której kolano podlega szybkiemu zwyrodnieniu. Dlatego gdybyśmy tego nie zrobili, to karierę praktycznie miałaby skończoną, bo pozostałoby czekanie, kiedy noga przestanie służyć. A podejmując decyzję o operacji daliśmy dużą szansę, by mogła snuć kolejne plany, co jednak było obarczone ryzykiem, które trzeba było rozważyć.

Mówi pan, że bez zabiegu kariera Anity w relatywnie niedługim czasie dobiegłaby końca, ale decydując się na ingerencję chirurgiczną też trzeba było wziąć pod uwagę niemałe ryzyko.

- Oczywiście. Podstawowe ryzyko było takie, jak przy wszystkich operacjach, że nie ma stuprocentowej gwarancji, czy przyniesie taki skutek, jakiego oczekujemy. Każdy lekarz, który operuje, rozważa pewne ryzyka, które z tego wynikają, poza samym faktem, iż musi być pewny, że zabieg przeprowadzi w sposób właściwy. Kluczowa jest też odpowiedź na pytania: komu i po co robimy operację. Powiem szczerze, że gdyby Anita nie była sportsmenką, czy nawet nie uprawiała konkurencji, które wiążą się z takimi obciążeniami tej nogi i kolana, wówczas można by było rozważyć sytuację, żeby tego nie ruszać. Natomiast inaczej operuje się sportowca, który nie potrzebuje kolana tylko do tego, żeby sprawnie robić zakupy, ale wykonać dziesiątki tysięcy ruchów z obciążeniem. Czyli dodatkowe ryzyko wynika ze specyfiki zawodu pacjenta, którego operujemy. Zatem w przypadku Anity mieliśmy do czynienia z taką oto sytuacją, że przy całym ryzyku albo damy jej szansę jeszcze przez kolejne lata być zawodniczką na odpowiednim poziomie, albo nie.

- To, co bardzo mi się podobało we współpracy z Anitą i jej ówczesnym trenerem, to fakt, że oni zawsze podejmowali decyzje skrajne, zero-jedynkowe. Żadnych półśrodków. Żaden zastrzyk sterydowy i tym podobne rzeczy. Sam wiem ze swojej zawodowej kariery, że to można zrobić, ale na bardzo krótką metę i to w sytuacji, gdy problem pojawi się tuż przed zawodami. Jednak finalnie, po zakończeniu startu, trzeba położyć się na stół i poddać operacji. Trzeba pamiętać, że zastrzyk, tabletka i każdy inny półśrodek zawsze się zemści. To kwestia świadomości i mądrości ludzi, czyli trenera i zawodniczki, w tym przypadku Anity, która jasno powiedziała, że nie chce żadnych półśrodków. Jej podejście jest proste: leczymy się na maksa, bo chce mieć pewność w każdym momencie treningu, że może go wykonywać na sto procent. "Doktorze, ja muszę mieć spokojną głowę i pewność, że w każdym ćwiczeniu mogę iść na full" - tak usłyszałem.

W pana wieloletniej praktyce, specjalisty w zakresie ortopedii, traumatologii i generalnie medycyny sportowej, ta cała "misja Tokio", czyli poprowadzenie Anity od połowy 2019 roku i pierwszej operacji kolana, jak dużym była wyzwaniem?

- Zacznę od tego, co może zabrzmi banalnie, że wierzę w każdą rzecz, której się podejmuję. Poza tym, mówiąc o współpracy z Anitą, mam z nią bogate doświadczenie, bo jej złoto z Tokio jest "moim" trzecim medalem olimpijskim. Otóż pierwszą operację przeprowadziłem u niej w 2009 roku. Wówczas chodziło o słynny staw skokowy z mistrzostw świata w Berlinie, gdzie chrupnięcie w wyniku skręcenia było słychać w kamerach podczas transmisji. Początkowo Anita podjęła leczenie zachowawcze, ale nie czuła się pewnie i zdecydowała się na zabieg. Bazując na naszym wieloletnim doświadczeniu wiedziałem, jak się z nią współpracuje. Wiedziałem, że jest to zawodniczka, która bardzo poważnie traktuje to, co robi. A to było dla mnie gwarantem dużo większego prawdopodobieństwa, że można będzie osiągnąć założony cel. Tak na dobrą sprawę rola ortopedy kończy się po "wyjściu", w tych przypadkach, ze stawu skokowego i kolana, bo cóż więcej mogę zrobić? Dalej to kwestia biologii i zdolności gojenia, diety, fizjoterapii, regeneracji i mnóstwa rzeczy, które w dużej mierze są już poza możliwościami lekarza.

- Jednak na szczęście w tym wypadku udało mi się zrobić coś, co uważam za jeden ze swoich największych sukcesów ostatnich lat. Mianowicie zbudowałem zespół specjalistów, którzy zajmują się dietetyką, medycyną żywienia oraz psychologów i psychiatrów sportowych, czyli ludzi, którzy kompleksowo odbudowują zawodnika. Przykładowo tempo gojenia w bardzo dużej mierze zależy od tego, co pacjent będzie jadł, jak będzie spał, jak będzie się regenerował, czy będzie miał duży stres psychiczny. A właśnie stres związany z operacją, traktowany tak samo, jak ten pourazowy lub z pola walki, często bardzo negatywnie wpływa na procesy biologiczne gojenia. Bardzo się cieszę, że w moim obecnym miejscu pracy taki zespół udało się zbudować, co jest unikalną sprawą. Niedawno leczyłem zawodnika z Kataru, który przyleciał nie po to, żeby zrobić mu operację. Tę można wykonać wszędzie, ale po to, żeby po operacji poddać go całemu procesowi. I właśnie to wszystko, czyli operacja plus praca całego zespołu, dało w przypadku Anity taki efekt. Anita bardzo restrykcyjnie przestrzegała m.in. zaleceń żywieniowych. Gdy występowała nietolerancja żywieniowa na niektóre produkty, to je wyłączała z diety, co dawało naprawdę fantastyczne postępy. Goiła się świetnie, regenerowała bardzo dobrze, a trener Jakelić powiedział mi, że pięknie odbudowała się pod względem mięśniowym. Przy czym nie udało się zrobić wszystkiego, bo mieliśmy mało czasu. Przykładowo można było spowodować, żeby była jeszcze szybsza w kole, co pozwoliłoby myśleć o rekordzie świata w Tokio. Ale spokojnie, mamy teraz trzy lata, żeby nad tym wszystkim popracować.

Jeśli mówimy o psychice i mentalności, to Anita już po kwalifikacjach w mistrzowskim stylu zaszachowała rywalki. Przecież po tym, jak w pierwszym rzucie popisała się odległością 76,99 m wypaliła, że tak naprawdę sama jest zaskoczona, bo dała z siebie może 40 procent. Takie słowa to jak nokaut.

- To mniej więcej tak, jak w boksie, gdy zawodnicy przed walką patrzą sobie w oczy i część walk wygrywa się właśnie podczas face to face, a wcale nie w ringu. Proszę pana, Anita ma jeszcze gigantyczne rezerwy. Jeśli zawodnik jest zdrowy, to może dać z siebie sto procent na treningach. Przez to talentu mu nie ubędzie, a przeciwnie - dopiero wtedy jego talent będzie można w pełni wykorzystać. Problem jest taki, że zawodnicy, którzy nie są do końca wyleczeni lub doleczeni, ciągle "limitują" się na treningach. Nie idą na full. I tu jest ta mądrość, o której mówię w przypadku Anity. Ona chce być zawsze w stuprocentowej gotowości, by nie pamiętać o tym, że musi na coś uważać, tylko może robić wszystko. Trzeba zrobić przerwę? Ok, robię ją. I de facto taka matematyka treningowa pokazuje, że to się bardziej opłaca. Dlatego, że lepiej jest mieć przerwę dłuższą o kilka tygodni niż przez ten czas trenować na 50 procent. Po pierwsze głowa nie działa dobrze, po drugie ciało dobrze nie funkcjonuje, co per saldo daje negatywny wynik.

To, co teraz pan powiedział, w dużej mierze chyba można odnieść do drugiego zabiegu. Na siłę pewnie można by było startować z dyskomfortem, a ze zrostami, czyli bliznami, poradzić sobie w dłuższym okresie czasu przy pomocy rehabilitacji.

- To prawda, gdyby Anita zdecydowała się rehabilitować, to pewnie za jakiś czas, po kilku miesiącach, jakoś by z tym funkcjonowała, przy czym dyskomfort całkiem by nie zniknął. Chciała jednak zamknąć ten temat raz a dobrze, wyjść z kolanem jak nówka i na nic się nie oglądać. Ten zabieg zresztą też był obarczony ryzykiem, bo jak już powiedziałem, każda ingerencja ma w sobie ten element. Nawet zastrzyk może zaszkodzić, wszak miałem kiedyś kolarza, który miał ropień w pośladku, gdzie zaimplementował sobie domięśniowo zastrzyk z żelaza. Przez to dostał gorączkę, ledwie chodził i praktycznie nie mógł funkcjonować. Każde naruszenie ciągłości tkanek niesie ze sobą ryzyko, więc nie inaczej jest z operacjami. Jednak kolejne ryzyko w przypadku Anity warto było ponieść po to, żeby nie musiała myśleć i czuć, że ma kolano. Powiem więcej: ona po tej drugiej operacji poprawiła swoje rekordy w bardzo wielu ćwiczeniach, m.in. na siłowni, notując wyniki, jakich do tej pory nie osiągała.

To bardzo wymowne, o czym pan teraz powiedział. A chwilę wcześniej użył pan sformułowania "kolano jak nówka". I tu moje pytanie: w jakim stanie obecnie jest kolano naszej zawodniczki?

- W tej chwili nie ma się w nim czego czepić. Tak, jest jak nowe. Na dzień dzisiejszy, patrząc na rezonans magnetyczny, całe kolano jest młodsze od Anity o dobrych 10 lat. Teraz nie martwię się o przyszłość Anity jeśli chodzi o lewe kolano, myśląc o igrzyskach w Paryżu. Dla mnie jest to poza dyskusją. Jeśli ona będzie psychicznie tak gotowa, jak teraz, to będzie mogła spokojnie przygotować się do kolejnej olimpiady. A jeśli nagle, nie wiadomo skąd, nie wyrosną jej supergroźne przeciwniczki, to wierzę w to, że Anita może nas jeszcze bardzo poważnie zaskoczyć.

Nie boi się pan, a również sama Anita - to pana słowa - przestała się bać patrzeć w przeszłość. Co dokładnie ma pan na myśli?

- Startując w Paryżu Anita będzie miała 39 lat, co dla zawodniczki w lekkoatletyce nie jest młodym wiekiem. Zgodzimy się?

Oczywiście.

- Tyle tylko, że Anita po kompleksowej kuracji, którą zastosowaliśmy, czuje się świetnie. Porównałbym to do czasu, jak czuła się przed igrzyskami w Rio de Janeiro. Wszystko to, co jej zaproponowaliśmy, zadziałało, stąd doładowała się dodatkową pewnością siebie, bo sama poczuła tego efekt. Sportowiec to w tej chwili taki bolid Formuły 1, który wymaga trochę innego serwisowania niż samochód produkowany seryjnie, którym jeździ się na zakupy i wakacje. I Anita poddała się temu, widzi korzyści i wie, że w tej chwili tak naprawdę, jeśli będzie przestrzegała pewnych zasad, a jest na to przygotowana, to... My sobie żartujemy, a może nawet nie żartujemy, że igrzyska w Brisbane w 2032 roku być może trzeba będzie sobie odpuścić nie z powodu braku możliwości, ale raczej ze względu na nudę.

Sztuką w tym wszystkim, przy wymuszonych przerwach, jest tak poukładać sobie w głowie, żeby przymusową sytuację starać się przekuć w atut. Na przykład podkreślając walor regeneracji fizycznej i psychicznej, co dzisiaj jest jej dodatkowym turbudoładowaniem.

- Przypadki rządzą światem, a w związku z tym zdarzają się też w medycynie. Może się okazać, że długa przerwa, która u Anity nastąpiła, nie będzie niczym złym. U zawodników starszych, abstrahując od tych okoliczności, być może trzeba tak robić, czyli dawać im więcej czasu na regenerację. A nie "jechać" z nimi jak z 20-latkami, którzy mają potężny potencjał do regeneracji i możliwości kompensacji, lecz serwować im czas. Wszak formę należy budować tak, aby trafić z jej szczytem na docelową imprezę. Mogę powiedzieć, że w przypadku Anity zabrakło nam pewnie ze dwa miesiące i byłoby... Wszyscy przecieraliby oczy, bo myślę, że spokojnie rzuciłaby kolejny rekord świata.

Tu jest potrzebna niesamowita samoświadomość sportowca, który jest w stanie poświęcić wielką imprezę dla jeszcze większej. Mam w głowie cały czas słowa Anity, która powiedziała mi tak: W momencie, gdy usłyszałam od doktora Śmigielskiego, że potrzebny jest pierwszy zabieg, nie miałam wątpliwości, że trzeba poświęcić mistrzostwa świata w Katarze.

- To jest kwestia dojrzałości. Jak pan zapewne wie, były na świecie próby opisywania tzw. cech mistrza. To wcale nie jest tylko wytrenowanie, ale właśnie psychika, rozwaga, czy umiejętność budowania strategii swojego życia treningowego i zawodowego. Anita sama mówi, że mistrzostwa świata są często, a igrzyska nie. Cóż, nie ma w swoim dorobku kolejnego tytułu mistrzyni świata, ale może w ogóle by go nie zdobyła jadąc do Kataru z chorym kolanem? Wybrała coś, co było znacznie lepsze.

W wiosce olimpijskiej śmialiście się z Anitą, że nie będzie kończyła kariery, co - biorąc pod uwagę wszystko to, co pan powiedział, chyba po prostu wynikało z pewności siebie, że wciąż są przed nią perspektywy na spektakularne sukcesy.

- Oczywiście, że tak. Wie pan, ideałem byłoby połączenie doświadczenia starszego zawodnika z możliwościami organizmu młodego. To jest coś, do czego się dąży. Natomiast jeśli w przypadku Anity utrzymamy stan fizyczny na dobrym poziomie, to jej doświadczenie zawodnicze, "otrzaskanie" na dużych imprezach i umiejętność panowania nad stresem są czymś, czego młody zawodnik nie przeskoczy. Jeśli jej ciało i organizm wciąż będą sprawne, to Anita może zrobić wszystko, co będzie chciała.

W takim razie niech na koniec jeszcze raz mocno wybrzmi to Brisbane.

- (uśmiech) Więc powtórzę: Gdy Anita będzie kończyła karierę to raczej ze znudzenia rzucaniem, a nie z tego powodu, że nie będzie mogła. Tak to sobie rozważam, że po Brisbane kończymy, bo ile można w tych wioskach olimpijskich przebywać?

Czyli do podsumowań przystąpimy w 2032 roku?

- Tak jest. Anita czytając moje słowa pewnie będzie się śmiała, ale doskonale wie, o czym rozmawiamy.