Interia w Tokio. Robert Korzeniowski: Czuję ogromną radość, sukces Dawida Tomali przerósł moje najśmielsze marzenia

Interia w Tokio. Robert Korzeniowski: Czuję ogromną radość, sukces Dawida Tomali przerósł moje najśmielsze marzenia

Artur Gac, Interia: Jesteśmy świadkami nieprawdopodobnego sukcesu, na pewno największej sensacji w naszej reprezentacji, a być może jednej z większych na trwających igrzyskach w Tokio.

Robert Korzeniowski: - W Polsce jest noc, a w Warszawie pada deszcz. Wyglądam przez okno i wydaje mi się, że to mógł być sen. Patrzę jeszcze raz na wideo, powtarzam to sobie i jeszcze przed kolega w kabinie komentatorskiej Eurosportu mnie uszczypnął. To się dzieje naprawdę! Czuję ogromną radość.

Słyszę w pana głosie ogromne wzruszenie.

- Nie może być inaczej. To było 17 lat oczekiwania na jakiś sygnał, że jest następca, a jednocześnie moja znajomość z Dawidem Tomalą trwa od początku 2000 roku. On trenował w klubie UKS Maraton Bieruń Korzeniowski PL i wiem, że bardzo się ze mną identyfikował. Ja też temu klubowi pomagałem na tym etapie, realizowałem program poszukiwania młodych talentów, który dzisiaj już robię w swoim klubie RK Athletics. Doskonale znam jego trenerkę Kasię Śledzionę, więc tym bardziej wiem, jak ważnym wzorcem sportowym byłem dla Dawida. Często sobie o nim myślałem wtedy, gdy zastanawiałem się, czy przyjdzie taki moment, że doczekam się takiego zawodnika. A tu z tego mojego siania propagandy chodu lekkoatletycznego mamy do czynienia ze szczytem tego, co mogło się wydarzyć. Pamiętam, jak cieszył mnie złoty medal Dawida na młodzieżowych mistrzostwach Europy w 2011 roku. Pamiętam, jak spotykaliśmy się przy różnych okazjach, a on w dalszym ciągu był we mnie wpatrzony i słuchał. Jeszcze nie tak dawno nagrywaliśmy z Dawidem Tomalą program dla telewizji, gdzie byłem jego trenerem wskazującym mu, jak ma radzić sobie z techniką. I krótko mówiąc wybrałem go jako tego, który w filmie "Życie na podium" może grać rolę mojego podopiecznego i następcy. To coś niebywałego!

W ostatnich dniach rozmawiał pan z Dawidem?

Tak, byliśmy w kontakcie. Dlatego wiem, że był w świetnej formie fizycznej i psychicznej. Wszystko mu się podobało w Japonii: jedzenie, miejsce w którym trenował, pokój i cała wioska. Nie miał w sobie żadnego buntu, że najpierw musi lecieć do Tokio, a stamtąd do Sapporo, w związku z czym przed startem czekają go wielogodzinne podróże. Był naprawdę skoncentrowany na tym, żeby osiągnąć wynik. Niemniej jednak jeszcze przed dzisiejszą nocą stawiałem go w gronie tych, którzy będą kandydatami do pierwszej ósemki. Przecież już ta najlepsza "8" byłaby takim prognostykiem, że coś ważnego się dzieje i szykuje się następca. Tymczasem to, co wydarzyło się przed chwilą, przerasta moje najśmielsze marzenia. To jest jeszcze jeden dowód na to, że igrzyska w Tokio są niesamowite. Mieliśmy bardzo mało danych, jeśli chodzi o starty zawodników i sprawdziany ich możliwości. Czasami nadmiernie przywiązywaliśmy wagę choćby do wyników Japończyków, jakie zdobywali na przełomie 2019 i 2020 roku. A tu proszę, taka niespodzianka.

Kibicuj naszym na IO w Tokio! -

Studio Ekstraklasa na żywo w każdy poniedziałek o 20:00 -

Mam wrażenie, choć to tylko rozmowa telefoniczna, że łzy napływają panu do oczu.

- Jestem wzruszony, a łzy już powoli wysychają. Mogę sobie tylko wyobrazić, co teraz musi czuć najbliższa rodzina Dawida, skoro mną targają takie emocje. Ja już naprawdę tak bardzo chciałem doczekać się kogoś, kto zrobi coś ważnego i dużego. Na co dzień prowadzę teraz pracę z młodzieżą w swoim klubie, mamy tutaj 12 i 13-letnich chodziarzy, którzy potrzebują wzorców, by móc uwierzyć, że można osiągnąć sukces. A tu proszę, po 17 latach mamy mistrza olimpijskiego. My naprawdę możemy iść dalej. To była ostatnia "50-tka" w historii igrzysk olimpijskich, choć kiedyś jeszcze może ten dystans wróci.

To tym bardziej nadaje dodatkową symbolikę temu sensacyjnemu wynikowi.

- Pewnie tak. Dawid z pewnością odnajdzie się na dystansie 35 km już za rok na mistrzostwach świata w Eugene. A potem, miejmy nadzieję, że "35-tka" zostanie potwierdzona w programie igrzysk w Paryżu. Chód w wymiarze olimpijskim jest żywy i ma ogromną przyszłość, ale również ten w wymiarze amatorskim. Uważam, że mosty trzeba budować, dlatego razem z żoną rozwijamy projekt "walking lovers", łącząc to, co osiągają wyczynowcy z jednoczesnym pokazaniem, że chód można trenować na co dzień. Jest to dyscyplina łatwa, fitnessowa i dająca ogromną przyjemność, bo robiąc te 12 tysięcy kroków dbamy o swoje zdrowie. Nikt nie musi tego robią w tempie Dawida Tomali, ale to naprawdę da się zrobić. Sukces Dawida to otwarcie nowej epoki dla chodziarzy i walkingu jako takiego, którego już nic nie zatrzyma. Dotąd można było sobie mówić, że ja mogłem się zdarzyć raz na ileś tam lat i nic więcej. Jak się okazuje może też to zrobić kolega z sąsiedztwa. Dzisiaj dzieci, które we wrześniu zapiszą się na treningi, będą miały wyraźny dowód na to, że sukces może osiągnąć chłopak, z którym ja spotkałem się w podstawówce w Bieruniu 20 lat temu. Wtedy dostał ode mnie kartkę z autografem, a dziś napisał własną historię.

Oczywistą rzeczą jest, że na 50 km nie chodzi się co drugi dzień, ale gdy zdamy sobie sprawę, że dla Dawida Tomali był to dopiero trzeci w karierze start na tym dystansie, a drugi ukończony i od razu okraszony złotem olimpijskich, to aż trudno w to uwierzyć.

- To jest też metodyczny dowód na to, że do chodu na 50 km trzeba się dobrze przygotować dystansami krótszymi, czyli dwudziestką i dobrą dziesiątką. Oczywiście Dawid nie był doświadczonym zawodnikiem "pięćdziesiątkowym" przed Tokio, ale był już rutynowanym sportowcem i chodziarzem w ogóle. On nie mógłby osiągnąć takiego sukcesu w Sapporo, gdyby nie miał dobrego rekordu życiowego na 20 km poniżej i nie stać go było na zmianę rytmu oraz wykonanie tego, co niejednokrotnie robił na krótszym dystansie.

Czym dochodzi się do mety na tak morderczym dystansie, gdy od 30 km przewodzisz stawce i masz świadomość, że za tobą idzie grupa pościgowa? Bardzo dobrze zna pan Dawida, więc co wtedy mogło dziać się w głowie zawodnika, co go napędzało i jak radził sobie z potwornymi kryzysami?

- Musi być totalna koncentracja na zaledwie kilku sygnałach, które są analizowane przez zawodnika. Czyli czasy podawane przez trenera lub wyznaczoną do tego osobę, wsłuchanie się w oddech rywali, których na pewno widział na nawrotach, ponadto całkowite skupienie się na serwisie, czyli piciu, jedzeniu i chłodzeniu. Tym Dawid naprawdę mi tutaj zaimponował, wszystko robił automatycznie i rutynowo, nie tracąc zbędnej energii. A poza wszystkim z całą pewnością niesie głowa, gdy mamy nastawienie, że ubywa nam dystansu do mety. Nie wolno myśleć, że przybywa nam w nogach, czyli jesteśmy na 40 lub 45 km, ale właśnie coraz bardziej musimy widzieć przed sobą cel, który jest nagrodą. I to jest niesamowicie istotne. A z technicznego punktu widzenia bardzo uważnie obserwowałem pracę ramion Dawida i ona była naprawdę nienaganna. Ramiona napędzają nogi, ramiona są pedałem gazu i kołem zamachowym zwłaszcza wtedy, gdy nogi już naprawdę są potwornie zmęczone. I on tę pracę ramion do samego końca miał ka-pi-tal-ną!