Triumf polskiego zespołu w Lidze Mistrzów! Odarli rywali ze złudzeń

Triumf polskiego zespołu w Lidze Mistrzów! Odarli rywali ze złudzeń


Siódmy w historii mecz siódemek z Kielc i Flensburga musiał być zacięty, emocjonujący i po prostu pasjonujący. Z sześciu poprzednich trzy spotkania kończyły się remisem, dwa wygrali solidarnie po razie jedni drudzy, ale jedną bramką. I tylko ostatni pojedynek w poprzednim sezonie Flensburg wygrał "gigantyczną" przewagą trzech goli. 

Na tle innych meczów to było prawie jak pogrom, ale na rezultacie zaważyły ostatnie minuty, gdy kielczanie - wiedząc, że przegrają i stracą pierwsze miejsce po fazie grupowej - odpuścili ostatnie sekundy.

Ale to już było, choć teraz miał być tak samo. Ale... raczej nie było.

Od pierwszej minuty Łomża Vive Kielce rzuciła się na rywala jak dzik na żołędzie. Ale nie furia była największym atutem kielczan. Były to szybkość, dokładność, skuteczność i taktyka. Wytrącanie z rytmu Flensburga, zatrzymanie najlepszego u gości środkowego Jima Gottfridssona, aktywne wychodzenie z obrony i przechwyt za przechwytem dały pierwszą przewagę. Do kontry biegali Dylan Nahi i trzykrotnie Arkadiusz Moryto.

Za to w ataku Kielce miały jednego bohatera - Szymona Sićkę, reprezentanta Polski. Siedem goli na siedem rzutów. To bohater z pierwszej strony, ale na kolejnych były kapitalnie rozgrywający Igor Karacić, superskuteczni skrzydłowi Dylan Nahi i Arkadiusz Moryto i obrona z Tomaszem Gębalą i Miguelem Migallonem.

Po dziesięciu minutach Łomża Vive Kielce prowadziła 8:3, ale i Niemcy nie w ciemię bici. Trzymali się na 3-4 gole. Kapitalna gra w ataku kielczan dała niewiarygodne statystyki - 21 goli na 23 rzuty, czyli 90% skuteczności w ataku w pierwszej połowie.  

Z takim poziomem i prowadzeniem 21:16 do przerwy można było być optymistą przed drugą połową, ale piłka ręczna nie takie cuda widziała, a i z takim przeciwnikiem tym bardziej trzeba było mieć się na baczności. 

Ale drugą połowę mistrzowie Polski zaczęli co najmniej tak samo dobrze. Co prawda chwilowo nie Sićko, a Alex Dujszebajew, Branko Vujović i Mateusz Kornecki w bramce dawali koncert, ale szybko z pięciu bramek zrobiło się 8, a po chwili nawet dziewięć i wiadomo było, że żaden kataklizm wygranej kielczanom nie zabierze.

Skończyło się 37:29 i był to wynik z innej bajki.

Za tydzień kolejny mecz w Lidze Mistrzów i kolejny w Hali Legionów. W środę o 18.45 potyczka z FC Porto.

lech