„Ulga dla klasy średniej” to pole minowe dla setek tysięcy ludzi

„Ulga dla klasy średniej” to pole minowe dla setek tysięcy ludzi

Po co w ogóle ta ulga? Trochę na zasadzie . Chodzi bowiem o składkę zdrowotną, która dotąd w zdecydowanej większości odliczana była od podatku a w Polskim Ładzie już nie. 9 proc. tej składki obciąża bezpośrednio zarobki, stanowiąc de facto ukryty podatek.

Proteza nie dla wszystkich

Już po wprowadzeniu zmiany do założeń Polskiego Ładu, rząd Morawieckiego zorientował się, że będzie ona mocno niekorzystna finansowo dla sporej części pracujących, zarabiających w granicach średniej krajowej i powyżej. I wprowadził do systemu podatkowego swoistą protezę, właśnie ową „ulgę dla klasy średniej”, mającą zrekompensować tym z ponadprzeciętnymi zarobkami straty na „zreformowanej” składce zdrowotnej. Z góry wykluczając z tego mechanizmu rodzimych krezusów, za których PiS uznał zarabiających ponad 133 tys. zł rocznie.

Ale nie tylko ich, bowiem spośród tych którzy osiągających przychody niższe od tej kwoty, ale wyższe niż ok. 68 tys. zł rocznie, czyli ponad 5 700 zł miesięcznie, mnóstwo pracujących także z ulgi nie skorzysta. Mowa o wszystkich zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych, na zlecenie czy o dzieło, w większości młodych ludzi. Jak również o większości godziwie zarabiających specjalistów na kontraktach menedżerskich. Ale też o ponad milionie , w tym samozatrudnionych, którzy wprawdzie rozliczają się z fiskusem PIT-em, ale jako formę opodatkowania wybrali 19 proc. podatek liniowy, ryczałt bądź kartę podatkową. Ich wszystkich PiS wykluczył z klasy średniej. Podobnie jak , za dziesiątki lat wykwalifikowanej pracy i płacenia dużych składek emerytalnych.

Głównymi beneficjentami ulgi są więc etatowcy zatrudnieni na umowie o pracę, a także dużo mniej liczni chałupnicy, wykonujący w domu tzw. pracę nakładczą oraz pracownicy spółdzielni. No i na okrasę część drobnego biznesu, rozliczającego się z fiskusem PIT-em na zasadach ogólnych, czyli według skali podatkowej.

Licząc z grubsza – najwyżej 60–65 proc. „klasy średniej” będzie mogło skorzystać z tej ulgi, pozostałych z niej wyłączono. Jak to się ma do sprawiedliwości społecznej, o Konstytucji nie wspominając?

Za mało? Zwracaj

Zresztą nawet wśród tych „niewykluczonych” z prawa do ulgi i na dziś mieszczących się z zarobkami w wyznaczonym przedziale 68-133 tys. zł rocznie, spora część, nawet setki tysięcy osób, może ostatecznie z niej nie skorzystać. Mało tego, przy rozliczeniu podatkowym 2022 roku może być zmuszona do zwrotu całej ulgi, którą uwzględniano już w ich wynagrodzeniach miesiąc po miesiącu.

I to ryzyko konieczności oddania fiskusowi od kilkudziesięciu do nawet kilku tysięcy zł dotyczy zarówno tych z przychodami w granicach dolnego progu, jak też tych zarabiających nieco ponad 10 tys. zł brutto miesięcznie. Czasem wystarczy do tego nieplanowana okoliczność, niefortunne zrządzenie losu czy zwykły pech.

Weźmy kucharza, zarabiającego obecnie około 6 500 zł brutto, który teoretycznie powinien być spokojny o swoją ulgę, bo powinien przekroczyć dolny, roczny limit przychodów o kilka tysięcy zł. Nie złożył więc u swego pracodawcy wniosku o nienaliczanie ulgi w cyklu miesięcznym i będzie ona konsekwentnie powiększała jego bieżące dochody. Ale w październiku zatrudniająca go restauracja splajtuje, nowej pracy jeszcze nie znajdzie i licznik jego zarobków w 2022 r. zatrzyma się na 65 tys. zł. Za mało, będzie musiał zwrócić skarbówce wszystkie „skonsumowane” już zaliczki na ulgę.

Podobne przykłady można mnożyć. Doświadczona kadrowa, na kilka lat przed emeryturą, zarabiająca sporo powyżej dolnego progu ulgi. Ale w trakcie roku poważnie się rozchorowała i spędziła na L4 w sumie ponad dwa miesiące. A po 50-tce tylko przez 14 dni zasiłek chorobowy wypłaca pracodawca, potem już ZUS i nie jest on wliczany do przychodów z pracy ubezpieczonego. I w sumie okażą się zbyt skromne, aby skorzystać z ulgi, z której do czasu choroby korzystała. Do zwrotu.

Podobny problem będzie miała młoda, nieźle wynagradzana specjalistka, która zimą i od października, po wcześniejszym porodzie, poszła na urlop macierzyński. A ponieważ zasiłek macierzyński nie jest zaliczany do przychodów z pracy, nie osiągnie wymaganego do ulgi progu i będzie musiała oddać wcześniej zainkasowaną.

Przekroczysz, też oddaj

Innego typu ryzyka czają się na drugim biegunie zarobkowym. Młody menedżer na etacie zarabia ok. 10 000 zł brutto i zdaje się mieć spory zapas do górnego limitu 133 tys. zł w skali roku. Ale w marcu wypłacają mu kilka tysięcy nagrody jubileuszowej a pod koniec roku większą niż zwykle premię. I ulgę diabli wzięli, a jeszcze trzeba zwrócić uwzględniane już z zarobkach kilkaset złotych miesięcznie.

Ryzykowna, przy zarobkach niewiele poniżej górnego limitu, może się okazać każda, symboliczna choćby . Bądź też zmiana pracy w końcówce roku, zwykle wiążąca się z nieco wyższym od dotychczasowego wynagrodzeniem. Albo też, w przypadku samozatrudnionych, rozliczających się na zasadach ogólnych, jakieś niespodziewane zlecenie i dodatkowy, znaczący przychód. Wszystko grozi utratą prawa do ulgi.

Zresztą przekroczenie górnego limitu można po prostu przeoczyć. Na przykład zapominając, że przystąpiło się do Pracowniczych Planów Kapitałowych (PPK), w których pracodawca dokłada co miesiąc do składki pracownika co najmniej 1,5 proc., a może i więcej. Przy większych zarobkach może to być rocznie nawet ok. 2000 zł. A te dopłaty, w odróżnieniu od wielu innych dochodów, resort finansów akurat zalicza do przychodów z pracy i mogą one przesądzić o utracie prawa do ulgi i stracie kwoty odpowiadającej sumie wpłat do PPK.

Zastosowana przez rząd w wypadku tej ulgi zasada „wszystko albo nic” wydaje się absurdalna. W końcu nie od dziś funkcjonuje u nas inna, daleko bardziej sensowna i sprawiedliwa zasada „złotówka za złotówkę”, stosowana choćby przy zasiłkach socjalnych czy rodzinnych. Przekroczenie progu dochodowego skutkuje proporcjonalnym do niego zmniejszeniem wypłaconej kwoty, a nie utratą całego świadczenia. W przypadku ulgi dla klasy średniej też byłaby wskazana. Ale nie, resort finansów zadecydował, że zarabiający w skali roku ok. 120 tys. zł zasługuje na rekompensatę w kwocie paru tysięcy zł, a ten z wyższym o kilkanaście tys. zł przychodem nie może liczyć nawet na złotówkę.

Z kalkulatorem pod ręką

Bagatelizować jej z pewnością nie można, zwłaszcza przy zarobkach znacząco wyższych od średniej krajowej. Przy miesięcznych przychodach rzędu 8 tys. zł kwota ulgi wynosi ok. 500 zł, przy 11 tys. zł sięga ok. 650 zł.

A jej odliczenie pociąga za sobą zmniejszenie dochodu do opodatkowania, w efekcie czego zapłaci się fiskusowi nieco mniej.

Przy zarobkach 8-9 tys. zł brutto korzyść podatkowa z tej ulgi będzie największa, rzędu 2 tys. zł w skali roku. Czy pozwoli to skorzystać finansowo na Polskim Ładzie? Bez przesady. Przecież im wyższe przychody, tym większe obciążenie 9 proc. składką zdrowotną, co ta ulga ma z grubsza rekompensować. Zresztą przy wyższych niż 9 tys. zł zarobkach w coraz mniejszym stopniu.

A pilnowanie tego, aby się na nią „załapać”, a tym bardziej, żeby jej nie stracić i nie musieć zwracać już odliczonych kwot, wymagać będzie od setek tysięcy Polaków sporo czasu i nerwów. Bo zasady jej poboru i rozliczania bywają czasem wręcz absurdalne.

Ktoś, kto zarabia na przykład 5 tys. zł brutto i nie zawraca nią sobie głowy, bo w skali roku nie przekroczy dolnego limitu przychodów, okazjonalnie może dostać premię czy nagrodę. I w tym miesiącu, po przekroczeniu kwoty 5,7 tys. zł, ulga będzie automatycznie uwzględniona w jego zarobkach. Ale tylko przez jeden miesiąc. A potem, w rozliczeniu rocznym, będzie musiał ją zwrócić, bo progu uprawniającego do ulgi przecież nie osiągnie.

Dlatego większość przeciętnie zarabiających, a tym bardziej tych z dochodami rzędu 9-10 tys. zł i więcej, powinna z początkiem roku złożyć u pracodawcy wniosek o nienaliczanie tej ulgi. Tak na wszelki wypadek i dla świętego spokoju. Bo pracodawca nie będzie tego za pracownika pilnował i księgowi będą ją naliczać automatycznie. A przy rozliczeniu rocznym mogą czekać niemiłe niespodzianki.

Taki wniosek wydaje się też zasadny w przypadku rozliczających się wspólnie małżonków. Zwłaszcza w rodzinach, gdzie występują duże dysproporcje zarobków, na przykład mąż zarabia 9- 10 tys. zł a żona pensje minimalną. On korzystałby więc co miesiąc z odliczenia ponad 500 zł ulgi, którą jednak musiałby potem zwrócić, jeśli przychody obojga nie przekroczyłyby w skali roku 136,8 tys. zł, których połowa (68,4ys. zł) daje do niej prawo.

Dobrze przynajmniej, że od kilku dni wiadomo, po przedstawionej przez resort finansów interpretacji, że podstawowym kryterium korzystania z tej ulgi przy wspólnym rozliczaniu podatków jest połowa łącznych dochodów małżeństwa. Bo wcześniej było w tym względzie ogromne zamieszanie. Nawet eksperci podatkowi mieli wątpliwości, czy jeśli jeden ze współmałżonków zarabia np. 20 tys. zł miesięcznie i przekracza górny limit ulgi, a drugi nie pracuje bądź pracuje na umowie cywilnoprawnej, z której przychody nie są uwzględniane, to prawo do ulgi przy wspólnym rozliczeniu będzie im przysługiwało.

Teraz jest to pewne, podobnie jak to, że gdy jedno zarabia 10-11 tys. zł a drugie nie pracuje, to nie powinni się wspólnie rozliczać. Bo razem, gdy połowa ich łącznych przychodów nie sięgnie 68,4 tys. zł, nie mogą korzystać z ulgi. A sam pracujący małżonek jak najbardziej.

Tak czy owak komplikacji i niepewności związanych z ulgą dla klasy średniej jest sporo. I można być pewnym, że pracujący z zarobkami bliskimi jej górnego limitu będą się uciekać pod koniec roku do różnych kombinacji – niewykluczone, że wspólnie z pracodawcami – aby nie ryzykować jego przekroczenia. Mowa na przykład o parotygodniowych, bezpłatnych urlopach, okresowych ucieczkach na L4, w czasie których będą pracować zdalnie z domu czy o „zamianie” premii czy nagród na wypłatę tych samych kwot na fikcyjne umowy o dzieło.

I po co było, zmianami w składce zdrowotnej i rekompensującą je ulgą, dodatkowo komplikować i tak jeden z najbardziej skomplikowanych systemów podatkowych na świecie?

Czytaj także: